Kino "MUZA" zaprasza

Prawdziwa historia kota w butach - klip

07-08.09.2009r. godz. 9:00 cena biletu 12 zł

 

Autor: Tomasz Piętowski, Stopklatka.pl, 24 lipca 2009

Zbyt zwariowane!


Pokomplikowali trochę twórcy tego filmu. Historia z jednej strony jest dość prosta – obfituje w klasyczne i schematyczne dla bajek postaci uosabiające siły dobra i zła, prezentuje rozwój bohatera i jego karierę od biednego chłopca, do bogatego królewicza. Naturalnie jednak – pewne schematy musiały zostać obalone. Problem tylko w tym, że w „Prawdziwej historii Kota w Butach” walka z kliszami jest dość nieudolna i po prostu niezbyt zabawna.

Był sobie biedny, nieśmiały Piotruś – syn dobrego i poczciwego młynarza. Chłopiec, jak to bywa w młodzieńczym wieku, zakochał się w pięknej Królewnie, która co rano śpiewała w swoim zamku, umilając tym samym przestrzeń akustyczną mieszkańcom bajkowej krainy. Zdobyć serce ukochanej pomaga Piotrusiowi jego żywy spadek po ojcu – tytułowy, niezwykle wygadany Kot w Butach. Na bohaterów czyhają liczne przygody i wyjątkowo złowrodzy oponenci, między innymi pokaźnych rozmiarów Ogr, którego łapska zmieniają się w macki oraz równie przeraźliwy Szambelan – zakochany w Królewnie jegomość zmieniający konkurentów w różnego rodzaju zwierzęta. Pomysły jak widać – dość szalone. Niestety twórcy nie do końca nad tym szaleństwem zapanowali.

Przede wszystkim produkcja ta stawia na dowcip i muzykę. W filmie bohaterowie śpiewają i tańczą niemalże bez przerwy. Mogę zrozumieć konwencję – muzyka jest dla dzieci atrakcyjna, stawiając na same dialogi i wartką akcję mali widzowi i tak mogliby się w kinie wynudzić. Można też spróbować zrobić animowany musical – czemu nie? Tutaj jednak przeładowanie piosenkami po prostu meczy. Ma się wrażenie, że są one jedynie niepotrzebnym dodatkiem, czymś co ma film uatrakcyjnić i przedłużyć. Wielka szkoda, bo same w sobie prezentują się całkiem nieźle (głownie słuchamy dość pomysłowo przerobionych „przebojów” z klasycznej opery) i są równie dobrze zaśpiewane, między innymi przez Marię Peszek. Nijak jednak nie komponują się z całą produkcją.

Jeśli chodzi o humor – tu twórcy poszukali nieco ambitniejszego rozwiązania. Zamiast tanich, slapstickowych żartów postawiono na humor słowny. Założenie ciekawe, wykonanie – co najmniej dziwaczne. Problem w tym, że dowcip natrętnie został wciśnięty praktycznie do każdego zdania. Ilość gagów również nie przekłada się na ich jakość. Czego tu nie ma – odwołania do polskiej sceny rozrywkowej (Doda, Wodecki, Linda, popularne programy telewizyjne), przejęzyczenia, celowe wprowadzanie wad wymowy, wtrącanie zwrotów z młodzieżowego slangu, używanie trudnych terminów przy jednoczesnym nierozumieniu ich znaczenia, itd. I tak przez cały film. Na początku owszem – może to bawić, później jednak zwyczajnie męczy. Żaden bowiem z bohaterów (może z wyjątkiem Piotrusia) nie mówi normalnie.

Jeśli już o bohaterach mowa – Piotruś i Królewna to zdecydowanie najsympatyczniejsze (bo najmniej denerwujące) postaci w całym filmie. W żadnym razie nie może być jednak mowy o tym, aby widz mógł się z którymkolwiek z bohaterów utożsamiać. Są oni zdecydowanie zbyt „wariaccy”, przez to przeraźliwie nierealni. Nie wspominając o tym, że tytułowy Kot w Butach do bólu przypomina tego ze Shreka.

 


 

Janosik Prawdziwa historia - klip

07-08.09.2009r. GODZ. 18:00 cena biletu 11 zł

 

Autor: Tomasz Piętowski, Stopklatka.pl, 25 sierpnia 2009

Janosik na ostro

Słowiański odpowiednik Robin Hooda powraca. O wiele poważniejszy, mroczniejszy i bardziej brutalny. Wszakże podtytuł najnowszej produkcji Agnieszki Holland i Katarzyny Adamik – „historia prawdziwa” – sugeruje zerwanie z bajkowymi i lekkostrawnymi kliszami. Taki był też zamysł scenarzystki, Evy Borusovicovej, która postaci Janosika szukała w historycznych źródłach, nie zaś w podaniach i legendach. W efekcie, świat osiemnastowiecznych górali Europy Środkowej jest spójny i wiarygodny (z drobnymi wyjątkami), a sam film zbliża się w niektórych momentach do niepozbawionej rozmachu produkcji historycznej.

Problem powstaje, kiedy przyjrzymy się bliżej samym bohaterom – jest ich w Janosiku bardzo wielu, każdemu praktycznie poświęcony jest jakiś wątek. Tytułowa postać to były żołnierz powstańczej armii Rakoczego; po wojnie zostaje przywódcą bandy rozbójników – dostaje ją niejako w spadku po Tomaszu Uhorczyku, który zdecydował się zejść z drogi przestępczej. W grupie pojawia się postać zdrajcy – Turjaga Huncagi, grana przez Michała Żebrowskiego (jedna z ciekawszych kreacji w „Janosiku”). Dodajmy do tego tajemniczą i mroczną Margetę, wcielenie wszelkiego zła, i grono kochanek tytułowego bohatera: karczmarkę Zuzannę, niezależną chłopczycę Barbarę i niespełnioną, rudowłosą miłość sprzed wojny.

Film trwa prawie dwie i pół godziny, za mało to jednak czasu, aby poznać psychologiczną głębie wszystkich bohaterów. Świetnie ogląda ich się w scenach nastrojowo lekkich, kiedy bawią się podczas wesela, piją na umór w karczmach lub organizują napady na wysoko urodzonych dostojników. Gorzej wypadają w momentach dramatycznych i poważnych. Wyznawanie uczuć przez Janosika trąci nutką taniego melodramatyzmu. Śmierć przyjaciół głównego bohatera widza nie wzrusza – cierpienie dotyka bowiem kogoś, z kim nie zdążyliśmy się mocno związać emocjonalnie. Odrealnione, surrealistyczne sekwencje przedstawiające wyobrażenia i urojenia Janosika niezbyt pasują do naturalistycznego charakteru filmu.

Jeśli już o naturalizmie mowa – Holland i Adamik zrobiły ze słowiańskim bohaterem mniej więcej to, co Gibson z postacią Jezusa: reżyserki ociosały szlachetnego rozbójnika z cukierkowatej baśniowości. Już od pierwszych minut filmu krew leje się dość obficie. Im dalej w las, tym brutalniej – wypruwanie wnętrzności, martwe niemowlęta, wbijanie na hak (ze wszystkimi detalami) i inne podobne rewelacje. Zabieg to, jakby nie patrzeć, dość udany – filmowy, brutalny świat trzyma się kupy i chyba dobrze, że jest nieco odrażający i zepsuty. Przez to nie traci na wiarygodności.

Mamy więc nowego Janosika – koprodukcję polską, słowacką, czeską i węgierską. Rzeczywistość osiemnastowiecznych górali środkowoeuropejskich tym razem jest o wiele brutalniejsza, niż ta, którą mieliśmy okazję podziwiać w serialu telewizyjnym Jerzego Passendorfera. Ociosana z bajkowych naleciałości; bardziej wiarygodna. Pięknie uchwycona znakomitymi zdjęciami Martina Strba (ujęcia głownie kręcone z ręki, kamera blisko bohaterów). Wykorzystująca bardzo dobre kostiumy, które nie wyglądają na świeżo uszyte (wielki minus chociażby „Quo vadis” i „Katynia”). Niestety słabą stroną tej produkcji są sami, mało wyraziści, bohaterowie i dość niespójna (zbyt dużo wątków) historia. Dwie i pół godziny w kinie może się trochę dłużyć, mimo wszystko film duetu Holland – Adamik obejrzeć warto. Jest to chyba jedna z lepszych prób odtworzenia historycznych realiów w polskim kinie.